Filharmonia Koszalińska im. Stanisława Moniuszki obchodzi sześćdziesięciolecie istnienia. Do 2013 roku przenosiła się z miejsca na miejsce. Żadne nie spełniało wymogów przestrzeni odpowiedniej dla symfonicznych brzmień. Wędrówka zakończyła się ponad dwa lata temu, kiedy filharmonicy wprowadzili się do pięknego, nowoczesnego budynku w Parku Książąt Pomorskich. Sala koncertowa gości dziś nie tylko muzyków klasycznych – grali tu m.in. Tomasz Stańko, Leszek Możdżer, Mikołaj Trzaska. Obiekt jest też przestrzenią miejskich prestiżowych imprez. Przy okazji jubileuszu pytamy Roberta Wasilewskiego, dyrektora o miejsce, czas i przyszłość dla Filharmonii Koszalińskiej.

 

IMG_8961
– Jakie ma pan refleksje w jubileuszowym roku Filharmonii?

– Jubileusz to kolejny szczęśliwy moment – poza otwarciem nowej siedziby Filharmonii – w którym mogę uczestniczyć. Cieszę się, że mam możliwość zarządzać majątkiem własnym Filharmonii. Bycie dyrektorem takiej instytucji to zaszczyt, oczywiście także wyzwanie, możliwość współpracy z wieloma fantastycznymi osobami. W tym zespołem, który w ciągu ostatnich lat zmienił się w sensie kadrowym i jest wspaniały. Massimiliano Caldiego, znakomitego dyrygenta, zazdroszczą nam w całej Polsce.

 

– Jak Filharmonia będzie świętować jubileusz?

– Sezon zaczął się we wrześniu ubiegłego roku. W tym roku, 9 lipca, planujemy w Amfiteatrze wielkie widowisko z udziałem Wiesława Ochmana i będzie to główny punkt obchodów. Mamy też kilka podpunktów, które poza jubileuszem będą częścią obchodów 750-lecia miasta. Takimi akcentami będą koncerty symfoniczne z muzykami orkiestry symfonicznej w roli solistów. Wystąpią m.in. koncertmistrzowie Agnieszka Tobik, Natan Dondalski, pierwszy oboista Dominik Wroniszewski. Chcemy, by zagrał u nas duet Wojciech Szymczewski/Bartosz Kołaczkowski, a w czerwcu odbędzie się koncert połączonych orkiestr symfonicznych – koszalińskiej z norymberską. Chcemy w roku jubileuszowym jak najpełniej pokazać nasz potencjał artystyczny.

 

– Jak zmieniło się wasze życie w nowej siedzibie?

– Mogę mówić za siebie, ale sądzę, że będę wyrazicielem odczuć większości. Mamy fantastyczne – nie jest to słowo na wyrost – warunki do pracy artystycznej. Możemy nie tylko grać w sali dostosowanej do wymogów koncertów symfonicznych, ale także odbywać profesjonalne próby do nich. Wiele filharmonii w Polsce nie może sobie na tak wygodną pracę pozwolić. Dobra sala koncertowa to podstawa, ale mamy też dobre zaplecze administracyjne, techniczne. Wystrój wnętrz bez przepychu, raczej elegancki minimalizm. Wszystko to jest bardzo ważne.

 

– Jeszcze trzy lata temu Filharmonia była „doklejona” do Centrum Kultury 105 i skazana na wynikające z tego kompromisy.

– Swoboda działania na pewno jest wielką wartością. Przedtem musieliśmy dostosowywać się do działań CK 105, teraz zależymy wyłącznie od siebie. Przede wszystkim i chyba to jest najważniejsze – możemy grać więcej koncertów, dla większej publiczności i bardziej zróżnicowanym repertuarze.

 

_DSC1209

– Miał pan poczucie wstydu, zapraszając wybitnych muzyków na scenę kinową?

– Wstydu nie. Koncertowanie na scenie CK 105 oczywiście wiązało się z dyskomfortem, ale proszę mi wierzyć, że są miejsca w o wiele gorszej kondycji i sytuacji. Natomiast mogę się przyznać, że na początku swojego dyrektorowania świadomie i z premedytacją podjąłem decyzję o przeniesieniu filharmonii z Bałtyckiego Teatru Dramatycznego do CK 105, by pokazać absurd grania symfonicznego w kinie. W drugiej połowie lat 90. sala – wówczas Miejskiego Ośrodka Kultury – miała być wielofunkcyjna, przeznaczona także na potrzeby filharmonii, co jest udokumentowane. Skończyło się, jak skończyło, przeróbką na kino. Warunki do grania były absurdalne i dobrze, że władze w końcu podjęły decyzję o budowie osobnej siedziby.

 

– Uważa pan to również za swój osobisty sukces?

– O nie, absolutnie! To był długi proces, począwszy od momentu, gdy koncerty nie cieszyły się wielką popularnością, z latami coraz większą, a tym samym filharmonia stała się tematem istotnym dla władz i polityków. Gdyby nie ich dobra wola, żaden dyrektor nie miałby nic do powiedzenia. To poważne decyzje finansowe, społeczne i cieszę się, że znaleźli się ludzie, którzy uwierzyli w ten pomysł. Inwestorem był ratusz, mój skromny udział dotyczył określania wymogów akustycznych sali i innych pomieszczeń, konsultacji merytorycznych. Efekt to zasługa wielu osób.

 

-Z jakimi wrażeniami teraz wyjeżdżają z Filharmonii artyści? Jak im się tu gra?

– Najlepszym dowodem, co myślą goście, jest księga pamiątkowa z ich wpisami. Są niezwykle pochlebne, emocjonalne i nie sądzę, była to jedynie kurtuazja. Mamy naprawdę dobrą salę koncertową. Goście wypytują nas, kto ją i budynek projektował, czy to praca polskich czy zagranicznych architektów. Nie mówi się o tym często, ale poza względami estetycznymi czy społecznymi Filharmonia jest bardzo udanym projektem pod względem ekonomicznym. Stosunek kosztów do jakości budynku jest nieporównywalny z tego typu inwestycjami w Polsce. Nieco ponad 30 milionów robi wrażenie na zarządcach filharmonii budowanych za dwukrotnie większe pieniądze. Tymczasem nam udało się skroić inwestycję na miarę naszych potrzeb w rozsądnej kwocie. Nie mamy zbędnych pomieszczeń, sprzętów, tylko to co niezbędne dla muzyki.

 

IMG_8967

– Jeszcze przed budową Filharmonii pojawiały się głosy krytyczne wobec tej inwestycji, obawy, że tak duża sala nie zapełni się publicznością. Z dzisiejszej perspektywy były one uzasadnione?

– Posługując się najprostszym wskaźnikiem – namawiam tych krytyków, by spróbowali od ręki kupić bilet na jakikolwiek koncert. Nie jest to możliwe, bo najczęściej salę mamy dawno wyprzedaną. Cieszę się, że zaspakajamy potrzebę muzyki klasycznej, która jak widać jest spora. Oczywiście, zawsze powstaje dylemat, czy nie ma innych miejskich priorytetów, i czy pieniędzy nie można wydać na inne cele. Chcę jednak podkreślić, że udało się nam uchwycić moment, kiedy realizacja tego projektu była w ogóle możliwa. On już minął i nie sądzę by w przyszłości się pojawił. O tym boleśnie przekonał się Słupsk. Już 10 lat temu miasto było mocno zaawansowane w projekt modernizacji tamtejszej sali, ale z różnych względów nie udało się go przeprowadzić. Podobnie jest w przypadku Filharmonii Krakowskiej. Warto było pilnować chwili, gdy na inwestowanie w filharmonie były unijne pieniądze, inwestycjom sprzyjał klimat i warto było go wykorzystać. Nam się udało.

 

– W nowej siedzibie możecie nie tylko grać koncerty, ale jest i miejsce na inne wydarzenia…

– Póki co możemy jedynie grać koncerty. Oczywiście nie tylko filharmoniczne. Ale wciąż ze względu na zapisy prawne tylko koncerty.

 

– Mam na myśli to, że możecie wybierać, kto na scenie zagra, a więc podnosić jakość miejskiej oferty muzycznej.

– Ze względu na ograniczenia związane z dofinansowaniem nie mamy przez pięć lat możliwości wynajmowania sali. Musimy każdorazowo być organizatorem koncertu. Tak jak pani mówi, mamy więc wpływ na dobór artystów i wszystkie aspekty ich występów. Obiekt z dobrą akustyką – jak nasz – przyciąga muzyków, którzy po prostu chcą tu zagrać. Nie zawsze się dogadujemy, negocjacje bywają trudne. Ofert jest bardzo dużo. Poza koncertami różni twórcy chętnie organizują na sali koncertowej sesje zdjęciowe, nagrania. U nas jest po prostu ładnie.

 

– Wybiegnijmy w przyszłość i pomówmy o wyzwaniach dla Filharmonii.

– Cóż, mogę wybiegać w przyszłość na tyle, na ile mam umowę, czyli 2,5 roku (śmiech). Wyzwaniem i problemem, z którym zmagamy się nie tylko my, ale i filharmonie w kraju, jest wynagrodzenie muzyków. Sytuacja jest niesatysfakcjonująca. Trzeba ją widzieć wielopłaszczyznowo, biorąc pod uwagę choćby aspekt edukacyjny, a więc to, ile czasu zajmuje kształcenie muzyczne i jak trudno dostać się do orkiestry. Nieustannie sprawdzać się na estradzie zgodnie z mottem „muzyk jest wart tyle, ile jego ostatni koncert”, więc wymaga to ciągłej dbałości o rozwój, kondycję muzyczną, psychiczną, fizyczną. W tym kontekście wynagrodzenie, jakie mogę zaproponować dziś muzykom, jest powodem mojej frustracji. Sytuacja ta rodzi napięcia, ale mimo nieukrywanego konfliktu jaki w filharmonii ma miejsce, nie ma on wpływu na jej artystyczną działalność. Słuchacze go nie odczuwają.

 

– Da się to zmienić?

– Nie wiem, jak znaleźć rozwiązanie. Sądzę, że mogą być nim dodatkowe źródła finansowania. Zasięg działalności teatru czy filharmonii wykracza poza miasto, a więc mogłyby to być też źródła zewnętrzne, jak w przypadku Wrocławia, gdzie filharmonia ma ich aż sześć. W naszym przypadku byłoby to trudne. Mamy wsparcie województwa w formie dotacji Urzędu Marszałkowskiego, choć wciąż jest niewystarczające.

 

– A wyzwania artystyczne?

– Mam marzenie, które też wiąże się z finansami – rozbudowanie orkiestry, co będzie miało wpływ na repertuar. Nie jest to marzenie wygórowane. Jestem dumny z muzyków, instrumentów, które mamy – kupiliśmy dobrej jakości sprzęt. Dziś mamy jednak zbyt mały skład, by zagrać niektóre utwory.

 

IMG_8949

– Jaką rolę – poza koncertowaniem – widzi pan dla filharmonii?

– To kluczowa sprawa. Pierwsza jest oczywiście artystyczna. Druga jest związana z edukacją, która w ostatnich 25 latach została właściwie sprowadzona do zera. Przypomnę, że przed rokiem 1990 filharmonia była organizatorem wieluset koncertów kameralnych dla dzieci i młodzieży. Po transformacji ustrojowej ta działalność została zupełnie zlikwidowana i przez wiele lat nie udało się jej przywrócić. W ostatnich latach udało się przez dwa sezony zagrać koncerty dla najmłodszych, a korzystały z nich całe rodziny, seniorzy. Ale jest to niewystarczające i związane – znów – z brakiem pieniędzy; merytorycznie i artystycznie jesteśmy przygotowani do funkcji edukacyjnej. Po trzecie filharmonia powinna być istotnym elementem kulturotwórczym, ale też miastotwórczym. Tak już po części jest – wiele osób związanych z filharmonią przyjechało tu, zamieszkało z rodzinami i wiąże przyszłość z miastem, oddając mu swoją energię. Myślę też, że środowisko filharmonii i innych instytucji mogłoby i powinno być inicjatorem dyskusji o kulturze, o sensie i kierunkach jej funkcjonowania. Szkoda, że nie artykułujemy swoich obserwacji i nie wykorzystujemy potencjału doświadczeń.

 

– Ma pan ulubione miejsce w filharmonii?

– Ulubionym jest sala koncertowa. Tam się nie tylko dobrze słucha muzyki, ale i miło przebywa. Jest też takie niedostępne dla nikogo miejsce pod dachem. Otwarta przestrzeń prawie pod koronami drzew. Bardzo przyjemne, gdy na dworze robi się zielono. Można się tam odizolować od problemów, wyciszyć. Czasami sobie tam idę, a potem łatwiej mi rozwiązywać problemy. Niestety, nie mam okazji przebywać tam często.

 

– Grywa pan jeszcze w orkiestrze?

– Jak potrzeba więcej klarnecistów… Zawsze robię to z wielką przyjemnością. Chyba wciąż czuję się bardziej muzykiem niż urzędnikiem.