Rozmawiamy z Wojciechem Malajkatem, aktorem i reżyserem, który był w tym roku jurorem X edycji Europejskiego Festiwalu Filmowego Integracja Ty i Ja, który we wrześniu odbył się w Koszalinie.

– Rzadko udziale pan wywiadów. Dlaczego?
– Chyba jest inaczej, po prostu istnieje rzadsze zapotrzebowanie na rozmowy z Wojciechem Malajkatem. Ale uspokajam: powstaje wywiad rzeka ze mną, jesteśmy w fazie opracowywania rozmów, które trwały dwa lata. Książka zostanie wydana w przyszłym roku.

– Zagląda pan na portale plotkarskie?

– Nie. To, co mam wiedzieć, wiem. Co mam wiedzieć o przyjaciołach, wiem od przyjaciół. Reszta średnio mnie interesuje.

– Nie walczy pan z łowcami plotek?

– Nie walczę, bo nie jestem obiektem.

– Zdarza się panu wrzucać w wyszukiwarkę hasło: „Wojciech Malajkat”?

– Nie. Wiem o sobie wszystko bez wyszukiwarki (śmiech). A jeszcze, nie daj Boże, natrafiłbym na coś, co wprawiłoby mnie w zdumienie…

– Najdziwniejsza plotka, jaką słyszał pan na swój temat?

– Słyszałem kiedyś, że ze Zbigniewem Zamachowskim jesteśmy parą. To nas tak rozśmieszyło, że przez pewien czas chodziliśmy za rękę.

– Plotki definiują celebrytów. Pan czuje się celebrytą?

– Z celebrytami jest pewien kłopot. Jak się od nich odwracają aparaty fotograficzne, to na ogół nic po nich nie zostaje. Czy Marek Kondrat lub Zbigniew Zamachowski są celebrytami? W moim pojęciu nie. Oni są gwiazdami. Chętniej więc sięgam po to słowo.

– Gdyby było to możliwe, zrezygnowałby pan z popularności?

– Uprawianie tego zawodu niesie ze sobą cenę i konsekwencję. Gdybym nie był aktorem popularnym, nie miałbym powodzenia w teatrze. Jedno z drugim ma ścisły związek. Poza tym, sprawia mi przyjemność, gdy ludzie na mój widok zagadują, uśmiechają się, chcą sobie zrobić ze mną zdjęcie. To znaczy, że mój przekaz do nich trafia, jest solidny, a widz chce mnie poznać. Gdybym był im obojętny, nie byłbym popularny. Koło się zamyka.

– Uczy pan aktorstwa. Czego szuka pan w młodych ludziach?

– Zabrzmi banalnie: człowieczeństwa. Teatr opiera się na człowieku, na jego słabościach i siłach. Dopóki sami ich w sobie nie odnajdą, nie będą w stanie zbudować drugiego człowieka.

– Pan wie, kiedy adept staje się aktorem?

– Nie jest to moment, lecz proces. Gdy widzę studentów, którzy robią dyplom, a pamiętam ich jak zdawali do szkoły, odczuwam satysfakcję. Gest, słowo, spojrzenie – wszystkich w nich znaczy tyle, ile ma znaczyć.

– Przybywa rozchwytywanych aktorów bez wykształcenia aktorskiego i bezrobotnych aktorów po szkołach filmowych. Skąd ten paradoks?

– Tak nie powinno być, ale jest i pewnie będzie. Ale rozgraniczmy: w teatrze dla amatorów nie ma miejsca, tam oni przepadają.

– Kuba Wojewódzki z powodzeniem grywa w teatrze.

– Kuba Wojewódzki przez to, że prowadzi swoje rozmowy, ma pewną łatwość pracy na scenie. Poza tym, on ma przyciągać widzów. Jednak statystycznie, amatorzy w teatrze przepadają.

– Dlaczego?

– Nie mają siły, warsztatu. Co innego z filmem. Kamera lubi nowość, egzotykę, a nawet brak profesjonalizmu. W kinie na szczyt dostają się ci, którzy potrafią połączyć naturalność i brak powtarzalności z wyjątkową wyobraźnią, czy po prostu – talentem aktorskim.

– Od dekady rzadko grywa pan w filmach.

– Nie otrzymuję tyle propozycji, co kiedyś. Widocznie w kinie nie ma teraz zapotrzebowania na postaci, które przez lata grywałem.

– Dużo propozycji pan odrzuca?

– Trochę. Niektóre propozycje same proszą się o odrzucenie. Niestety, niewiele jest dobrych scenariuszy.

– Lata osiemdziesiąte, Łazy. Z grupą studentów brał pan udział w warsztatach kabaretowych Zenona Laskowika…

– Tak, to było bezcenne doświadczenie. Zawsze chciałem być aktorem wszechstronnym, a warsztaty w Łazach dawały nam, wtedy młodym aktorom, możliwość obycia ze sceną.

– Podobno wtedy po raz pierwszy zobaczył pan morze.

– Przyjechałem i to morze chciałem zobaczyć od razu, natomiast moi przyjaciele aktorzy skutecznie mnie od niego odwodzili mówiąc, że morze zdążę zobaczyć zawsze, jutro, a teraz, wiadomo, są inne zajęcia (śmiech).

– Tak po prostu założyliście plecaki i przyjechaliście do Łazów?

– Nie pamiętam dokładnie, jak to było. Pamiętam za to świetną atmosferę pracy z przyjaciółmi.

– Jako młody aktor, był pan na festiwalu „Młodzi i Film” w Koszalinie. Jak pan wspomina burzliwe spotkania z widzami?

– Hm. Byłem cielęciem, więc z wielu powodów nie pamiętam tego festiwalu.

– Uczestniczył pan w festiwalowym życiu towarzyskim?

– Być może aż zanadto i dlatego tak mało pamiętam.

– Dlaczego zrezygnował pan z prowadzenia własnego kina w rodzinnych stronach – na Mazurach?

– Zdecydowały względy ekonomiczne. Nie byłem w stanie dłużej utrzymywać kina, które nie przynosiło zysków.

– Przyznaje pan, że wciąż walczy z tremą. Jakimi metodami?

– Ta trema dzisiejsza jest inna, bo to trema zawodowca. Bardziej dokucza mi niepokój o to, czy wszystko się powiedzie. Zresztą, jak tak teraz o tym myślę, nigdy nie miałem tremy paraliżującej, raczej mobilizującą. Jak z nią walczę? Jest tylko jedna metoda, wszystkiego trzeba dokładnie nauczyć się na pamięć – i słów i sytuacji.

– Zdarzyło się panu spektakularnie zapomnieć tekstu?

– O, tak. W „Hamlecie” pada słynne zdanie: „Być albo nie być, o to jest pytanie”. Po tych słowach zapomniałem, co dalej. Tak, to było spektakularne. Na tych słowach mój monolog się skończył. Przeczytałem później w recenzji, że jestem młodym i obiecującym aktorem, ale ten egzystencjalny monolog „Być albo nie być…” umyka uwadze widza (śmiech).