Gdyby szukać wskazówek, jak od zera zbudować doskonale prosperującą firmę, która na dokładkę dalej stale się rozwija, DEGA SA byłaby doskonałym przykładem. Rozwój nie oznacza w jej przypadku wyłącznie rozbudowy zdolności produkcyjnych i unowocześnienia maszyn. Równie ważna jest dbałość o coraz wyższą jakość wyrobów. I właśnie za jakość DEGA SA zbiera prestiżowe nagrody. o firmie, jej wartościach i celach z wiceprezesem Krzysztofem Modlińskim rozmawia Andrzej Mielcarek.

 

Niedawno odebrali Państwo kolejną nagrodę za swoje produkty.

– I to bardzo ważną. Kto trzy razy pod rząd zdobywa Srebrny Medal QI, otrzymuje Perłę Jakości QI. W tym roku poszczycić się takim sukcesem może zaledwie sześć polskich firm.

 

– Nagroda z pewnością pomoże w rozwoju eksportu, bo produkują Państwa już nie tylko na rynek krajowy.

– Od czterech lat szukamy odbiorców także za granicą. Jesteśmy obecni w Wielkiej Brytanii, Irlandii, Rumunii, oraz Niemczech. Cały czas poszukujemy kolejnych rynków zbytu.

 

– A zaczęło się od sałatek 23 lata temu i od czworga przyjaciół.

– Zaczęło się od tego, co widzimy na ścianie, czyli od kartki wyrwanej z zeszytu szkolnego, na której narysowałem pierwszy schemat organizacyjny. A te zeszyty, które trzymam w ręce, to pierwociny naszej księgowości.

 

– Jakie momenty były kluczowe w rozwoju firmy?

– Na pomysł wpadł mój szwagier. On wtedy kupował sałatki śledziowe w jednej z firm na Pomorzu i zawoził na Śląsk, gdzie je sprzedawał. Czasami musiał czekać dwa tygodnie na kolejną partię. Dlaczego więc nie robić takich sałatek samemu? I tak to się zaczęło… Sami więc blanszowaliśmy cebulę, śledzia skrobaliśmy, etykiety kleiliśmy na pojemnikach. Po mniej więcej roku usiedliśmy i narysowaliśmy schemat organizacyjny, z którego wynikał podział obowiązków. Jeden ze wspólników wziął zaopatrzenie, drugi produkcję, żona wzięła księgowość, a dla mnie został handel. Po kwartale poprosiłem o zamianę, żeby każdy mógł się poznać na zaopatrzeniu, finansach, produkcji i sprzedaży.

 

– Ale ostatecznie Pan został przy handlu.

– Wcześniej miałem zakład budowlany, byłem tak zwanym prywaciarzem obytym w rozmowach z klientami. Kontakty z ludźmi to mój żywioł.

 

– Jest Pan osobą otwartą, dowcipną, zawsze uśmiechniętą. Kto miał się zająć handlem jak nie Pan?

– Po pewnym czasie rozwożenia produktów po sklepach, całowania kierowniczek po rękach, usłyszałem od jednej z nich pytanie: „Dlaczego tylko sałatki śledziowe i tylko cztery rodzaje?”. Kapitalna podpowiedź dla nas! Pojawiły się więc sałatki warzywne, galarety rybne. Zaczęliśmy jeździć na targi. W Gdańsku odbywały się targi Polfish. Małe stoisko, 3 na 4 metry, gablota. Najpierw obszedłem wszystkich i zobaczyłem jak mają to urządzone. Wstałem o 4.00 rano i poszedłem do piekarni. Chleb kupowałem, pajdy kroiłem na części i ustawiałem sałatki do degustacji. A tu nagle wpada szkoła gastronomiczna – i po kanapkach! A miały być dla klientów. Na następnych targach już byłem mądrzejszy. Chleb zastąpiły krakersy. Ale wtedy też już wiedziałem, że jest grupa odbiorców, którzy chodzą po targach i mówią „Tą firmę bierzemy, tą i tą”. Za nimi robił się zawsze swoisty pociąg, bo od nich zależało, czyje produkty znajdą się w całej Polsce w hurtowniach.

 

– Kupcy wielkich sieci?

– Nie, wtedy liczył się tylko hurt. Sieci handlowe, dopiero wchodziły na polski rynek. Mieliśmy szczęście, bo stanowisko właścicieli hurtowni na targach było obok naszego. Wpadali co jakiś czas na drinka. „Tak bez śledzika?” – zapytałem i dałem coś do degustacji. A wieczorem telefon i zaproszenie na kolację. No i DEGA wsiadła do tego pociągu. Już drugiego dnia zadzwonił zdziwiony wspólnik, że jakiś tir przyjechał po towar.

 

– Śledź nadal jest dalej podstawą Państwa produkcji?

– Tak, ale asortyment rozrastał się aż do obecnych 250 pozycji. Zaczęliśmy handlować z sieciami sklepów. Pamiętam, jak pierwszy raz pojechałem na rozmowy do „Muszkieterów”, do Poznania. Cytryna to mało, tak mnie wycisnęli. A na koniec powiedzieli „To teraz niech pan poda ostateczną cenę”. Musiałem dać cenę poniżej poziomu opłacalności. To była twarda szkoła. Ale poradziliśmy sobie. Potem była sieć po sieci, aż DEGA stała sią liderem rynku. Rocznie robiłem autem 100 tysięcy kilometrów. Jak wyrzucali mnie drzwiami, to przez okno wchodziłem.

IMG_6958

– Marka DEGA stała się rozpoznawalna w skali kraju.

– Tak, marka i niemal ja osobiście. Dostałem pseudonim „Pan Sałatka” i tak zostało.

 

– A jak to było z „Paprykarzem Szczecińskim”? Państwo przejęli tę markę?

– Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi wprowadziło procedury rejestracji produktów tradycyjnych i  regionalnych. Taki produkt musiał mieć co najmniej 25 lat tradycji. Ale najważniejsza była niezmienna receptura. Paprykarz powstał w 1968 roku. Musieliśmy udokumentować, że potrafimy idealnie odtworzyć przepis na niego i utrzymać smak podczas masowej produkcji. Producentów paprykarza w Polsce jest kilku, ale nasza receptura okazała się najbardziej zbliżona do tej oryginalnej ze szczecińskiego „Gryfa”, pierwotnego wytwórcy. Tak więc w ramach poszukiwania produktów regionalnych i tradycyjnych jako jedyni dostaliśmy oficjalny certyfikat. Tym samym w grudniu 2013 roku „Paprykarz Szczeciński DEGA” został wpisany na Listę Produktów Tradycyjnych).

 

– A jak powstał pierwotny „Paprykarz Szczeciński”?

– Z tym się wiąże fantastyczna anegdota. Polski statek miał awarię bloków maszynowych i musiał zatrzymać się w jakimś afrykańskim porcie. Miejscowi fachowcy, czarnoskórzy, pracowali przy jego naprawie. Karmił ich własny człowiek – taki trochę szaman, trochę kucharz, którzy z ryby, ryżu, przypraw lepił coś na kształt kulek, a oni się tym żywili przez całe dnie. Kucharz ze statku podpatrzył to, zabrał trochę kulek do chłodni. A kiedy wrócił do kraju, rozpracował recepturę do końca. W pierwotnej wersji paprykarza pojawił jeszcze ogórek kiszony i pergamin.

 

– Pergamin? Dlaczego?

– Bo trzymał wilgoć.

 

– Paprykarz to jeden z najbardziej rozpoznawalnych produktów spożywczych w Polsce.

– Po tym jak wdrożyliśmy jego produkcję, pojechaliśmy na Weinachtsmesse do Berlina. od razu usłyszeliśmy od głównego organizatora, że „tego” się nie da sprzedać w Niemczech, bo w alupakach i w puszkach sprzedawana jest karma dla psów i kotów, czyli rodzi się złe skojarzenie. Ale zrobiliśmy furorę, bo Polacy i inni emigranci kupowali. W pewnym momencie na tych targach świątecznych usiadł przy naszym stoisku starszy wiekiem pan. Wziął paprykarz, posmakował. W końcu podchodzi do mnie i pyta, czy może ze mną parę zdań zamienić. Pomyślałem, że klient. Może jakaś sieć handlowa? Miał ze sobą starą teczkę. Mówi: „Żebym ja to przewidział, to bym opatentował i teraz bym tylko zbierał, co posiałem, bo ja to wymyśliłem”. okazało się, że to ów kucharz ze statku. Ale spotkanie było sympatyczne. Pochwalił nas za smak. „Receptura taka sama jak moja! Dziękuję panu, że pan podtrzymuje tradycję” – stwierdził na koniec.

 

– Pewnie na powodzenie marki DEGA w Wielkiej Brytanii wpływ mieli również emigranci, którzy znając Państwa produkty, rozpoznają je na półkach sklepów?

– Raczej nie. W Lublinie, w Rzeszowie powstały firmy sprzedające żywność polską do Anglii. Szybko nawiązaliśmy z nimi współpracę i to tłumaczy popularność DEGI na przykład w londyńskich sklepach. Często zresztą prowadzonych przez Hindusów a nie Polaków. Jak ważne jest pozytywne nastawienie właścicieli sklepów pokazuje nasze koszalińskie podwórko. I w tym momencie bardzo dziękuję właścicielom Sano i Torgu, bo na zasadzie dobrze pojętego patriotyzmu lokalnego na początku naszej działalności wspierali nas. Tak samo jak sklepy PSS czy Samopomocy Chłopskiej. Nie budowaliśmy własnych sieci sprzedaży, a skupialiśmy się na rozwoju wyrobów i jakości produkcji.

 

– Budowane latami osobiste relacje procentują.

– To pięknie widać na spotkaniach biznesowych. Z niektórymi klientami tak się zaprzyjaźniliśmy, że nawet na weselach u siebie bywaliśmy. DEGA to firma z sercem, jak rodzina. Ale nic byśmy nie zdziałali bez klientów a więc pewnie i czytelników „Prestiżu”. To dzięki nim się rozwijamy.

 

– Po drodze miał Pan epizod polityczny. Jak to się odbiło na firmie?

– Zostałem radnym wojewódzkim, potem wicemarszałkiem województwa. Byłem kiedyś w delegacji województwa na rozmowy z Szlezwikiem Holsztynem. Chodziło o podpisanie porozumienia o Autostradzie Błękitnej, czyli drodze z Niemiec do naszego Braniewa i dalej. Przednie Pomorze, Meklemburgia i strona polska się dogadały, ale Szlezwik ciągle miał wątpliwości. I znowu pomógł przypadek. Zaczepił mnie jakiś Niemiec i pyta: „Pan nazywa się Krzysztof Modliński”? „No tak…” „Przecież Pan pracował u mnie w szkole w latach 80!” Rzeczywiście, byłem wtedy na emigracji. okazało się, że dawny dyrektor szkoły został szefem partii SPD rządzącej Szlezwikiem Holsztynem. Podpisanie dokumentów poszło jak z płatka.

 

– Ale jaki to miało związek z firmą?

– ogromny (śmiech). Ze względu na znajomość ze wspomnianym politykiem gazety pisały o mnie jako „sałatkowym marszałku”, dawnym emigrancie. To wzbudziło zainteresowanie DEGĄ i przełożyło się na zamówienia. To zbieg okoliczności, ale bardzo fortunny.

 

– Firma się rozwija, a Państwo przez 23 lata w tym samym składzie wspólników. To nieczęste.

– Dużo wspólnie przeżyliśmy. Pamiętam jak na starcie zbieraliśmy gotówkę na dwie beczki majonezu, bo za wszystko trzeba było płacić z góry. Pamiętam, jak wszystko na początku robiliśmy sami. Jak rozwoziliśmy to, co wyprodukowaliśmy do sklepów. Jak uczyliśmy się i jak się wzajemnie wspieraliśmy. Można by opowiadać o tym godzinami. Szacunek i zaufanie to podstawa, bez nich wspólna praca nigdy się nie powiedzie.

 

– Jak sądzę, mają Państwo poczucie dużego sukcesu?

– DWGA i jej sukces to wspólna praca wszystkich nas – od portiera począwszy, a na prezesach kończąc. Każdy ma swoją rolę do odegrania i wnosi cząstkę do wspólnego dorobku.

IMG_7001

– A jakie cele stawia sobie firma? Na początku mogła rozwijać się w dużym stopniu spontanicznie, ale w obecnej skali potrzebuje już chyba strategii?

– Stawiamy na ciągły rozwój. Budujemy właśnie nowe hale produkcyjne w związku z tym, że jesteśmy obecni z naszymi produktami w Biedronce – na razie w Zachodniopomorskiem, Pomorskiem i Śląskiem. Będziemy unowocześniać i rozbudowywać park maszynowy, cały czas pamiętając o komforcie pracy naszych ludzi. Nie chcemy spocząć na laurach, choć w sensie dosłownym nagród i wyróżnień z każdym rokiem przybywa. Na początku pracowaliśmy w pięć osób. Później było 15, 30, 50 i tak aż do obecnych 300 pracowników. oprócz zarządu mamy siedmiu wysoko wykwalifikowanych menedżerów. To oni w ogromnym stopniu przejmują kierowanie operacyjne przedsiębiorstwem, bo rzeczywiście to już duży organizm, dla którego stabilności i rozwoju konieczne jest profesjonalne podejście do zarządzania. Ale wciąż to ta sama DEGA co 23 lata temu.

 

DEGA SA posiada wdrożony, certyfikowany  Zintegrowany System Zarządzania  Jakością na zgodność z wymaganiami IFS (International Food Standard) i BRC (Global Standard for Food Safety),  których prawidłowe funkcjonowanie determinuje  m. in. wdrożenie systemu bezpieczeństwa zdrowotnego produktu HACCP.  W 2014 roku DEGA otrzymała również certyfikat MSC (Zrównoważone rybołówstwo).  Uzyskane certyfikaty gwarantują klientom bezpieczne wyroby, o stałej, powtarzalnej, najwyższej jakości. Produkty firmy otrzymują pozytywne oceny w testach konsumenckich oraz badaniach organoleptycznych zlecanych przez sieci handlowe.