„1+1=0”. Tak według Marcina Zabrockiego wygląda wzór na sumę niespełnionych obietnic. Spotkanie dwóch potencjałów, które kończy się toksyczną relacją. I tak właśnie Marcin Zabrocki zatytułował swoją pierwszą solową płytę. Z muzykiem rozmawia Michał Kukawski (Kajax).

 

-Gdzieś ty był, gdy cię nie było?

– Ostatnie dwa lata spędziłem w lesie. Zmęczyłem się miastem, rozstałem się z Heyem, musiałem wyjechać, odpocząć. Musiałem też przepracować kilka kluczowych spraw. Miałem problem w  relacjach z  ludźmi, z  grupą. Tłukłem się, walczyłem z całym światem, no, bez sensu. Ale też jako muzyk doszedłem do miejsca, w którym kompletnie nie wiedziałem już, co mam dalej robić. Stanie na scenie przestało mnie bawić, poczułem, że doszedłem do ściany – także w moich eksperymentach z dźwiękiem i w poszukiwaniu nowych środków wyrazu. Sam się złapałem w pułapkę, bo ile możesz ścigać się z samym sobą, albo sam się przeskakiwać? W trakcie koncertów większość energii i myśli szło na to, by się nie powtórzyć, zamiast się cieszyć i bawić tym, że grasz muzykę. Myślisz: „to już grałem, to już było, to też już grałem”.

 

– To chyba nic szczególnego w życiu poszukującego muzyka, czy w ogóle wymagającego artysty.

– Tak, przez różne etapy się przechodzi. Improwizacja jest chyba głównie po to, by się komunikować z innymi. To jest spotkanie, przepływ energii, informacji, emocji. Idealnie, gdy druga strona jakoś odpowiada, reaguje, coś ci oddaje. Ale ja przestałem na to zwracać uwagę, jakbym o tym zupełnie zapomniał.

 

– Nie grałeś tylko eksperymentalnej muzyki. Było też sporo projektów komercyjnych z pogranicza popu i alternatywy, w których brałeś udział.

– To działo się równolegle i niezależnie. Jedna ścieżka wydeptywana była w show-biznesie, od czasu, gdy jako 16-latek spotkałem Mr Z’oob, aż do momentu, gdy zostałem pełnoprawnym członkiem Hey. Z drugiej strony kierował mną imperatyw nieustannego rozwoju muzycznego i poszukiwana coraz to nowszych środków wyrazu. Obie drogi doprowadziły mnie do ściany – i to w tym samym momencie.

 
– Co cię tak zmęczyło?

– Dźwięk. Wszystko okazało się by muzyką. Szuranie, stukanie, szum ulicy, remont u sąsiada… Wszystko. Odczuwałem fizyczny ból, słuchając radia. Nie mogłem znieść kompresorów ponakładanych na głosy lektorów. Doprowadzało mnie to do szału, bolała mnie głowa, zaczynałem się trząść, działy się ze mną przedziwne rzeczy. Odkryłem, że mogę wytrzymać tylko w lesie, albo chodziłem w zatyczkach w uszach iw słuchawkach dla robotników pracujących przy ciężkim sprzęcie. Muzyka przestała mnie bawić. czarna dziura. Muzyka to było całe moje życie, ona mnie nakręcała. Pomagała mi w trudnych momentach, wyciągała mnie z różnych gówien, a tu nagle nie chce mi się grać, nie chce mi się słuchać muzyki.

 
– Przestraszyłeś się?

– Panika. Poczucie bezsensu. Jednocześnie dotarło do mnie, że istotniejsze są relacje z ludźmi. I co gorsza, okazało się, że w tym obszarze w ogóle się nie rozwijałem, tu wręcz się cofałem, dziczałem, coraz mniej lubiłem ludzi, zamieniałem się w koszmarnego egoistę. Wszyscy wydawali mi się obrzydliwie interesowni. Bardzo szybko dokonywałem oceny, używając stereotypowych kategorii, by tylko nie zostać zranionym – bo, jeśli relacja w której jesteś jest powierzchowna to znika niebezpieczeństwo odrzucenia. Miałem albo bardzo płytkie relacje z ludźmi, albo przekraczałem granice, nie orientując się, że już komuś depczę butami po pościeli.

 
– Trudno jest pewnie wymyślić, co ze sobą począć „po Heyu”?

– Nie widziałem wtedy trzeciej drogi. Muzyka mnie nie bawiła, więc wymyśliłem, że rzucę to w cholerę i będę robił meble. Miałem już nawet partnera biznesowego… To by mogło być nawet zabawne. Na szczęście nic z tego nie wyszło.

 

– Mijały miesiące i…?

– Zacząłem intensywną terapię i w końcu zacząłem też pisać piosenki. Ale nie chcę za bardzo o tym mówić. To są bardzo intymne rzeczy.

 
– Ta płyta to apogeum i szczyt twojego egoizmu, czy jednak próba pokochania siebie takiego, jaki jesteś – momentami zagubiony, złośliwy, cyniczny, wystraszony, okrutny?

– Płyta ma kilka źródeł i chyba nie jestem w stanie ich wszystkich wyliczyć. Solowa płyta to marzenie z serii nigdy niezrealizowanych marzeń z dzieciństwa. chciałem grać ze znanymi, przeżywać przygody, jeździć szybkimi samochodami, spotykać się z pięknymi kobietami – wyobrażenia chłopaka ze wsi o życiu „rokendrolowca”. W chinach mają takie przekleństwo: oby ci się spełniły marzenia.

 
– Dobra, bez kokieterii.

– Niech jakimś kluczem będzie to, że piosenka ma zamkniętą formę. I przez to jest bardzo trudnym tworem. Bo z jednej strony jest pokusa, by pokazać swój kunszt kompozytorski, oczywiście nie przeginając pały, bo piosenka musi być komunikatywna dla słuchacza, a z drugiej trzeba zawrzeć w ramach tych kilku minut jakąś spójną, sensowną historię. I te ograniczenia, paradoksalnie, były dla mnie tak naprawdę wybawieniem. Wymusiły dyscyplinę i pozwoliły uciec od patosu czy nadekspresji – piosenka okazała się idealnym wytrychem, żeby pokazać to, co potrafię jako kompozytor czy tekściarz. Melodia powinna być piękna, ale składać się z jak najmniejszej liczby dźwięków; rozwiązania harmoniczne: niebanalne, ale jednocześnie przyjemne do słuchania. No i najważniejsze –muzyka jest całkowicie podporządkowana słowu. A teksty są bardziej lub mniej zawoalowaną sumą moich doświadczeń.

 

– I jak się do tego zabrałeś?

– Piosenki zostały napisane w sposób „analogowy”, najprościej jak się da, czyli pianino, kartka i ołówek. Na tym etapie w ogóle nie używałem komputera. chciałem uniknąć sytuacji, kiedy piosenka jest składana z dziesięciu różnych pomysłów posklejanych ze sobą w programie komputerowym. chciałem, żeby każdy utwór był organiczną formą, którą da się wykonać na gitarze przy ognisku, a jak będzie taka potrzeba, to i z akompaniamentem big bandu.

 

Doszedłeś też do ładu z ludźmi – bardzo dużo gości wspomaga cię na płycie.

– Mam wspaniałych przyjaciół, którzy pomogli mi nagrywać tę płytę, choć na początku myślałem, że zrobię ją sam z drugim producentem. Ostatecznie w pracy nad albumem wzięło udział ponad 20 osób i mam poczucie, że nie ma tu zbędnych elementów.

zabrocki_3

 

– A jakim kluczem posłużyłeś się przy wyborze współproducenta?

– Paweł Cieślak jest po prostu cudownym człowiekiem. Przeszedł pełną ścieżkę muzyka klasycznego: trzy stopnie edukacji, stypendysta ministrów, premiera, wybitny klarnecista. Ale i jemu też w końcu czegoś zaczęło brakować, postanowił szukać, eksperymentował, aż w końcu porzucił klarnet na rzecz inżynierii dźwięku. Postawił i wyposażył studio, zaczął bawić się w analogową elektronikę, jako producent odpowiedzialny jest za większość łódzkich projektów muzycznych.

 

– I jak wam się ułożyła współpraca?

– Myślałem, że nagrywanie będzie trwało 3-4 tygodnie. Z miesiąca ostatecznie zrobiło się pięć miesięcy. Zaczęliśmy od „Wiśniówki”, czyli pierwszej piosenki na płycie. To miała być próba czy jesteśmy w stanie ze sobą pracować. Okazała się najtrudniejszą do zrealizowania piosenką na płycie… Oj, biliśmy się o tę piosenkę.

 

– Spodziewałeś się, że tak będzie?

– Pomysł był taki, że ja wnoszę swoje doświadczenia ze świata piosenek, a Paweł zbombarduje to swoim bezkompromisowym gustem, i z tej fuzji powstanie jakaś trzecia jakość. I tak też się stało. Zadowolony jestem. Wszystko co się wydarzyło podczas nagrywania tej płyty wynikało bardzo naturalnie. Nagle okazywało się, że w tym konkretnym miejscu przydałby się taki a taki kolor. I czasami tym kolorem był instrument (i wtedy Jacek „Budyń” Szymkiewicz zamiast śpiewać zagrał na banjo, na basie i na gitarze) a czasami dodatkowy wokal. Marcin Macuk, u którego nagrywałem większość swoich partii głosowych zauważył na przykład, że w „Szkoda czasu” idealnie odnalazłby się w kilku frazach czesław. Zadzwoniliśmy do niego jeszcze tej samej nocy i… te frazy śpiewa czesław.

 

– Ale odpowiedzialność za płytę spada tylko na Ciebie.

– To bardzo dziwne uczucie, bo tak się zdarza po raz pierwszy, a przecież gram już wiele lat. Do tej pory zawsze był ktoś obok, kto w naturalny sposób, gdy czułeś się gorzej, mógł cię wesprzeć, zmotywować – musiałem jednak dotrzeć do tego miejsca, żeby to w pełni docenić.

 

– Od początku planowałeś umieścić na płycie dziadka?

– Dziadka nagrałem ponad 20 lat temu na kasetę magnetofonową. I nigdy później nie słuchałem tego nagrania, bo bardzo się bałem tej konfrontacji – dziadek był dla mnie bardzo ważną i bliską osobą. Wszystko ma swój czas. I przy tak osobistej płycie nie mogło zabraknąć przecież dziadka Leona. Pierwsze słuchanie taśmy to był emocjonalny wstrząs. Poczułem się znów jak mały chłopiec. Minęło trochę czasu zanim wyobraziłem sobie odpowiednią oprawę – gawędę małej, dętej orkiestry i mandolin, które towarzyszą historii opowiadanej przez dziadka. Wspólne oddechy, bez pośpiechu. Udało się to świetnie zarejestrować na żywo w studio.

 

– I jest banjo!

– Banjo wymyślił mój przyjaciel Dżordż. Mieszka w Toruniu i jest kognitywistą. Poznaliśmy się dawno temu na ulicy w Londynie, wspólnie mordowaliśmy kraby w Norwegii. I to on mi powiedział: „Stary, musisz mieć banjo na płycie!”. czasami życie jest łatwiejsze, gdy ktoś za ciebie podejmuje decyzje, więc stanęło na banjo i jest ono jednym z dominujących instrumentów na płycie i na koncertach.

 

– Ostatni utwór na płycie śpiewasz z córką.

– Do tej piosenki tekst, przepiękny tekst, napisał Budyń. Muzyka już była i od początku chciałem ten numer zaśpiewać z Olgą. Piosenka jest o tym, że choć wielu z nas jest zmęczonych i zniechęconych, że choć wielu rezygnuje z  ideałów na rzecz konformizmu, a zewsząd opluwają nas jadem, to dopóki potrafimy się cieszyć bliskością drugiego człowieka, ten świat ma szansę przetrwać (Jacek, wybacz, że robię ci analizę tekstu). W ogóle praca nad tą płytą była niekończącą się serią doświadczeń dobrej woli, sytuacji bardzo intymnych, bliskich, wręcz magicznych.

 
– Ale później trzeba wyjść na scenę i śpiewać o tych intymnych sprawach, opowiedzieć je obcym ludziom, podzielić się z nimi słowami zarezerwowanymi dla najbliższych, odtworzyć magię. Musisz mieć w sobie dużo pewności, ale też coś z ekshibicjonisty.

– Nie, ja po prostu nie przewidziałem konsekwencji tego, że napisałem piosenki i je zarejestrowałem na płycie. Naprawdę. Wiedziałem, że chcę ją nagrać i chcę ją wydać, ale nie pomyślałem o tym, że później będę się musiał ładnie ubrać, wyjść na scenę i śpiewać. Zapomniałem o tym. A teraz jest za późno. Zobaczymy co na to ludzie.

 

zabrocki_1

Marcin Zabrocki działa na polskiej scenie muzycznej od wielu lat (grupy Mordy, Pogodno, BiFF), znacząco przyczynił się do powstania ostatniej studyjnej płyty zespołu Hey. Komponuje muzykę teatralną i filmową, nieustanie poszukuje nowych środków wyrazu jako improwizator i twórca instalacji elektroakustycznych. „1+1=0” jest jego debiutancką płytą. Tak mówi o niej Katarzyna Nosowska (Hey): „Marcin jest dla mnie jak najcenniejszy nauczyciel. Zawsze wiedziałam, że troszkę marnotrawi swój talent, zasilając szeregi przeróżnych zespołów. Jego płyta jest niepodlegającym dyskusji dowodem na słuszność tej teorii. Znakomita!” Muzyk ma koszalińskie korzenie: pochodzi z Polanowa, w Koszalinie ukończył średnią szkołę muzyczną.