Prawie 35 lat przepracowanych w obchodzącym właśnie 60-lecie Bałtyckim Teatrze Dramatycznym (w latach 1970-2014). Ponad 300 premier przeżytych i zapamiętanych czasami ze zdumiewającymi szczegółami. O pracy w BTD rozmawiamy z panią Nadzieją Kosacką, żywą encyklopedią koszalińskiego teatru.

Teatr – dla pani – to…

…trzy czwartego mego życia.

Kiedy pierwszy raz w życiu była pani w teatrze?

Wychowałam się w Augustowie. Jako dziecko jeździłam ze szkołą do teatrów warszawskich. Miałam 10 lat, gdy obejrzałam „Balladynę”.

Jakie wrażenia?

Szok. Ta aura tajemniczości, egzotyki – pamiętam wszystko. Częściej jeździliśmy do teatru w Białymstoku.

Jako dziewczynka marzyła pani o aktorstwie?

Nie (śmiech). W Augustowie działał wówczas amatorski zespół teatralny. Jako dziecko wystąpiłam w przedstawieniu, zagrałam Ankę w „Makar Dubrawa” (autor: Aleksander Korniejczuk – wszystkie dop. PP). Był to rosyjski, wzruszający tekst. O ile pamiętam, wszystko działo się pod ziemią, w kopalni, a moja rola była jedną z głównych. Aktorstwo mnie jednak nie wciągnęło.

Jak trafiła pani do Bałtyckiego Teatru Dramatycznego?

Po pięciu latach pobytu w Koszalinie dowiedziałam się, że teatr poszukuje pracownika do księgowości. Chciałam tylko spróbować, bo myślałam o pracy cywilnej w wojsku. Pamiętam pierwsze spotkanie z moim ówczesnym szefem, Markiem Horowiczem (główny księgowy BTD), wtedy jeszcze nie wiedziałam, jaki z niego żartowniś. Spojrzał na mnie i powiedział: „Wizualnie mi odpowiadasz” (śmiech). Przyszłam i zostałam.

Co panią wówczas zauroczyło w teatrze?

Często zadaję sobie to pytanie. Wciągnęła mnie atmosfera, wspaniali ludzie, poczucie, że jestem częścią zgranego zespołu. W latach siedemdziesiątych to był duży teatr, z ponad setką pracowników, których nic nie dzieliło. Współpracownicy przyjęli mnie ciepło, czułam się, jak w domu.

Jak wyglądała praca w księgowości teatru?

W księgowości pracowałam krótko, to głównie praca papierkowa. Najdłużej pracowałam w Biurze Obsługi Widzów na stanowisku kierownika. A po latach zostałam główną księgową BTD.
Jaki był wtedy – przed głośnymi dożynkami w latach siedemdziesiątych – Koszalin?

Nie był ładny, ale fajnie spacerowało się wąskimi uliczkami. Przy dworcu było brzydko, tylko osiedla już się pięknie rozwijały. Dla mnie Koszalin zawsze był bardzo sympatyczny, przede wszystkim dlatego, że tu są łagodne zimy (śmiech). W Augustowie mróz tak trzaskał, że przez miesiąc nie chodziliśmy do szkoły.

„W teatrze – jak w rodzinie”. Zawsze w zgodzie?

Wszystko zależy od ludzi. Najbardziej zgodne były lata siedemdziesiąte, w osiemdziesiątych o BTD zrobiło się głośno w kraju. Wygrywaliśmy wszystkie liczące się wówczas festiwale. Lata dziewięćdziesiąte przyniosły największe zmiany, pojawiły się zwolnienia, oszczędności i tarcia polityczne prawicy z lewicą.

Często zasiadała pani na widowni teatru?

Oj, to była wielka przyjemność, zaszczyt. Na generalnej miałam nawet obowiązek być jako pracownik Biura Obsługi Widza. Przez te wszystkie lata obejrzałam ponad trzysta premier, nie licząc innych przedstawień.

Jak wyglądała oprawa premier BTD sprzed lat?

Właściwie nie różniła się niczym od dzisiejszych. Kwiaty, czasami szampan, wielkie święto, uroczysta gala. BTD miał kiedyś scenę słupską, na niej odbywały się kapitalne premiery, w których na przykład uczestniczyli studenci pedagogiki. Zdarzało się, że spontanicznie brali udział w przedstawieniach, zastępowali aktorów. Zawsze chętnie jeździłam do Słupska na te spektakle.

Która z premier zapadła pani w pamięć?

Premiera z początku lat siedemdziesiątych – „Niech no tylko zakwitną jabłonie” (autorka: Agnieszka Osiecka, spektakl muzyczny). Piękne przedstawienie, wzruszające, tak się wtedy popłakałam. Później dużo było wspaniałych premier, wiele z nich pamiętam, wspominam, ale ta była wyjątkowa, być może dlatego, że opowiadała o młodości mojego pokolenia. Polecam wszystkim.

Którego z wykonawców najcieplej pani wspomina?

Zawsze byłam zaprzyjaźniona z aktorami, nawet nie sposób wymienić wszystkich, których najcieplej wspominam. Najbardziej przeżyłam śmierć Edwarda Żentary. Bardzo ceniłam go, jako aktora, człowieka.

Pamięta pani spektakularne wpadki aktorów?

Wyjeżdżamy z przedstawieniem. Aktor grający główną rolę gdzieś się zawierusza. Najstarszy z zespołu wychodzi na scenę i przeprasza publiczność: „Z powodu choroby aktora, spektakl musimy odwołać”. Z tyłu widowni trzaskają drzwi i zataczając się wchodzi ów zaginiony bohater obwieszczając, że to on jest owym „chorym” aktorem, już gotowym do pracy. Przedstawienie i tak musieliśmy odwołać (śmiech).

Były zielone przedstawienia?

Ach! Byłam chyba na wszystkich (to ostatnie przedstawienia przed zejściem sztuki z afisza). Oj, zdarzały się wpadki i dowcipy. Piękna aktorka grająca kąpiącą się pannę, zwykle nagość skrywała za zasłonką. Podczas zielonego przedstawienia nie zauważyła, że zasłonki brak i stanęła przed widzami naga!

Kto był największą gwiazdą BTD?

Ewa Nawrocka. Wspaniała aktorka, niezwykle utalentowana, cudowny człowiek. Przy tym piękna, drobna kobieta, jako pięćdziesięciolatka grała nastolatki. Pamiętam wiele spektakli z jej udziałem.

Pamięta pani największego amanta?

(po namyśle) Chyba Zbigniew Szczapiński – piękny mężczyzna, długo pracował w BTD. Robił niesamowite wrażenie na kobietach. Romuald Michalewski – niezwykle elegancki, przystojny. Takich aktorów było wielu. Jak przyszłam do pracy w latach siedemdziesiątych, dostawałam oczopląsu.

Kto jest najważniejszy w teatrze?

Aktor, widz, oczywiście.

A poza aktorem i widzem?

(po namyśle) Brygadier sceny, teraz ta funkcja to zastępca kierownika działu technicznego do spraw sceny. Brygadier wszystkiego musi dopilnować, w tym scenografii; to odpowiedzialna praca, która wymaga ogromnej wiedzy o kuchni teatralnej.

Bilety leżały w kasie, czy pod ladą?

Poza zaproszeniami, która – podobnie jak dzisiaj – trafiały do konkretnych osób, bilety czekały na widzów w kasie, ale bywało, że sprzedawały się na pniu. W dawnych latach, na przykład osiemdziesiątych, największym powodzeniem cieszyły się spektakle kabaretowe, które pisali sami aktorzy BTD. Wtedy nawet pod teatrem pojawiły się koniki.

Aktyw partyjny bywał na premierach?

O, tak (śmiech). Ale chyba nie z konieczności, czy charakteru stanowiska, ale z przyjemnością. Aktyw siedział w jednym z pierwszych rzędów i – widziałam – przeżywał to, co oglądał. Nie było w tym pozy. Dobra sztuka tak wciąga każdego widza.

A nagość na scenie?

O, tłumy! (śmiech). Pamiętam spektakl „Przygody młodego W.”. Bohaterowie pojawili się odziani jedynie w… światła stroboskopowe. Ludzie, zwłaszcza młodzi, szczególnie panowie, dosłownie wypatrywali oczy (śmiech). Wszystko było widać.

Teatr polski zmienia się, a widzowie?

Gusta widzów zmieniają się powoli, zawsze to proces długoletni. Pierwsi wierni widzowie BTD dzisiaj na przedstawienia przychodzą z dorosłymi wnukami.

Dobry teatr – pani zdaniem – to jaki?

Wszystko zależy od repertuaru. Teatr powinien mieć maksymalnie zróżnicowany repertuar, żeby dla każdego widza znalazło się coś ciekawego – od klasyki po awangardę. Jako widz, kocham teatr realistyczny. Mniej emocji wzbudzają u mnie przedstawienia nowoczesne, gdzie widz musi sobie wiele rzeczy wyobrazić, dopowiedzieć. Krótko mówiąc: w teatrze nie lubię udziwnień. Jak „Zemsta” – to z kostiumami, perukami, scenografią.

Jakie są najpopularniejsze przesądy aktorskie?

W całym teatrze nie wolno gwizdać ani jeść pestek. Jak upadnie egzemplarz sztuki, to trzeba go przydeptać. Aktorzy unikają pawich piór w kostiumach. Niektórzy mówią, że jak w spektaklu pojawia się krzyż na scenie, to ktoś umrze. Niestety, tak się zdarzało.

Miała pani kiedykolwiek okazję wyjść na scenę?

Jako statystka – tak, nawet kilka razy. W scenach zbiorowych, gdzie ważne jest tło, ludzie, bywaliśmy zapraszani do statystowania. A czasami… Pamiętam na przykład ósmego marca, w Dzień Kobiet, panie z teatru na głównym skrzyżowaniu miasta kierowały ruchem drogowym. A co! Odsunęliśmy milicjanta, który wcześniej nas poinstruował, co robić, a później stał z boku i miał przerażenie wypisane na twarzy.

Jak wyglądało pani pożegnanie z BTD?

Symbolicznie, bo wciąż do teatru przychodzę, nie wszystko da się tak zamknąć z dnia na dzień.