Jasne, przyjemne wnętrze – to pierwsze wrażenie. Bar, ale urządzony jak restauracja. W menu dwie zupy, dwa-trzy dania drugie, surówki i kompot. Kto wróci tu następnego dnia, przekona się, że na tablicy z jadłospisem pojawiły zupełnie inne propozycje niż dzień wcześniej. I nic nie powtórzy się w kolejnym dniu. I w kolejnym… Dwudaniowy obiad za kilkanaście złotych, domowy smak. Patent właścicieli się sprawdza, bo choć Bar Vittorio działa dopiero od dwóch miesięcy, ma już grono wiernych klientów.
Klientów zresztą z każdym dniem przybywa, bo wieść o domowych obiadach w rozsądnej cenie niczym kręgi na wodzie rozchodzi się coraz szerzej po Koszalinie. Bar ma świetną lokalizację – ulica 1 Maja 22/4, kompleks Milenium. Łatwy dostęp z ulicy, przed lokalem parking.
Pojawia się coś z klimatu serialu „Na Wspólnej”. Goście, którzy zaglądają tu często, już się rozpoznają – pozdrawiają, nawiązują znajomości. Niektórzy zajmują zawsze to samo miejsce. Przeglądają prasę, rozmawiają z gospodarzami.

Jak w domu

Pomysł na to, by każdego dnia menu było różne, nie jest przypadkowy. To element marketingowego myślenia Ewy i Wojciecha Janickich, właścicieli baru. Pani Ewa wyjaśnia: – Dzięki temu klienci mają pewność, że wszystko co oferujemy jest świeże. Żadnego mrożenia potraw i odgrzewania. Czasami działa to na naszą niekorzyść – śmieje się. – Zdarza się, że na godzinę albo dwie przed zamknięciem lokalu czegoś, co danego dnia było w menu, zjeść już nie można, bo miało szczególne powodzenie i się skończyło. Ale mam wrażenie, że klienci przyjmują to ze zrozumieniem.
Pan Wojciech dodaje: – Kiedy zastanawialiśmy się, czym nasz bar może się wyróżnić, postawiliśmy na gwarancję świeżości, domowy smak i mimo wszystko różnorodność. Każdy dzień przynosi inny zestaw dań. I nie ma powtórek w cyklu tygodniowym. Co prawda przyjęliśmy zasadę, że zawsze w piątek jest ryba, ale przyrządzana na różne sposoby.

IMG_2176a
– Generalnie gotujemy tak, jak byśmy sami chcieli zjeść. Takie domowe jedzenie to alternatywa dla standardowych barowych zestawów albo fast foodów. Gość ma wyjść od nas syty, ale obiad nie może mu się „przypominać” przez wiele godzin na przykład zgagą albo jakimś innym dyskomfortem – podkreśla Ewa Durał-Janicka. Jedyne co smażymy na oleju, to frytki. Pozostałe rzeczy gotują się w piecu konwekcyjno-parowym.
Piec konwekcyjno-parowy? Co to takiego? – ma prawo spytać laik. To urządzenie przypominające piekarnik. Pozwala szybko, przy oszczędności energii, przygotowywać gorące potrawy, gwarantując powtarzalność smaku dań. Co ważniejsze z punktu widzenia konsumenta – dzięki jego stosowaniu ogranicza się ilość używanych tłuszczów, czyli tego, czego staramy się wystrzegać w codziennej diecie, a co wydaje się przypisane na stałe do stereotypu „szybkiego jedzenia”. – Jeśli na przykład robimy sos do karkówki, nie używamy w ogóle dodatkowego tłuszczu – mówi pani Ewa. – Bazą jest to, co naturalnie wytopi się z mięsa. To pozwala osiągnąć głęboki smak, a mięso jest kruche i soczyste.
Urządzenie jest niewielkie, ale kosztuje tyle, co średniej klasy samochód. Nowoczesna technologia w służbie nowoczesnej gastronomii. – Staraliśmy się urządzać cały lokal tak, żeby było nie tylko ładnie, ale i komfortowo pod każdym względem – podkreśla Wojciech Janicki. – Także, żeby dobrze się tu pracowało kucharkom i obsłudze.
Ważny element techniczny, z całą pewnością wyróżniający lokal, to doskonale przemyślana klimatyzacja. A właściwie trzy systemy od siebie niezależne: odrębne w sali konsumpcyjnej, kuchni i części magazynowej. Podniosło to koszty adaptacji pomieszczeń. Dało za efekt w postaci eliminacji nieprzyjemnych zapachów, tak charakterystycznych dla miejsc zbiorowego żywienia. W Barze Vittorio czuje się zapach jedzenia, a nie przypalonego tłuszczu.
Kiedy zajrzymy na zaplecze, zobaczymy więcej najnowocześniejszego sprzętu i idealny porządek. O dziwo, niewiele zapasów. – Większość produktów kupujemy na bieżąco – podkreśla pan Wojtek. – Rano dostawcy przywożą mięso, warzywa, owoce na kompot, które żona zawsze odbiera i sprawdza osobiście. Jeśli w piątek serwujemy pstrąga, to o ósmej rano jest on na nasze zamówienie wyłowiony ze stawu w Sianowie, a o dziewiątej ląduje w naszej kuchni.

Włoskie inspiracje

Mieć własny lokal było marzeniem pani Ewy Durał-Janickiej od dawna. Małżonkowie myśleli o restauracji serwującej dania kuchni włoskiej. – Jesteśmy zakochani w tym kraju, jeździmy tam, kiedy tylko to możliwe – mówią. – Wiadomo, że to inny klimat, inne zwyczaje. Ale bardzo byśmy chcieli, żeby i w Polsce z czasem pojawiła się ta radość życia i życzliwość, którą tam widać na każdym kroku. Weźmy kwestię konkurencji w branży gastronomicznej. Przy jednej uliczce znajduje się wiele lokali, ich ogródki właściwie przechodzą jeden w drugi, a właściciele rano, przed otwarciem, wypijają razem kawę, żartują.
Restauracja to plan maksimum. Stąpając jednak twardo po ziemi, państwo Janiccy doszli do wniosku, że czas na taką inwestycję nie jest dobry. Polacy, a więc także koszalinianie, coraz częściej jadają poza domem, ale na stołowanie się restauracyjne stać niewielu. Szukają tańszych możliwości. – Mamy wiele przydatnych kontaktów, mielibyśmy świetnych dostawców potrzebnych oryginalnych produktów, udźwignęlibyśmy merytorycznie prowadzenie włoskiej restauracji na wysokim poziomie, ale to nie ten moment – mówi pan Wojciech.
Jednak miłość do Italii widać i w Barze Vittorio. Raz, że w menu pojawiają się dania włoskie. Dwa, że stylizacja wnętrza wprost nawiązuje do włoskiej estetyki. Wystrój to własny pomysł gospodarzy. Przy realizacji pomogła profesjonalistka – architekt wnętrz, ale kluczowe rozwiązania są wynikiem rodzinnych narad. Wnętrze jest jasne, przytulne. Meble – wykonane na specjalne zamówienie – są proste, ale funkcjonalne i wygodne.
Koncept, by serwować dania barowe w oprawie restauracyjnej należy do kluczowych zaplanowanych wyróżników lokalu. Inne już wymieniliśmy: domowy smak, przystępna cena, dania zawsze przygotowywane tuż przed podaniem. Właściciele baru podkreślają: – Wszystko sobie dokładnie przemyśleliśmy, nic nie wynika z przypadku. Wyznaczamy nowe standardy.

Małymi krokami

Od rozpoczęcia prac adaptacyjnych w pomieszczeniach, w których wcześniej znajdował się oddział banku, do otwarcia baru minął równo rok. Okazało się, że uzyskanie wszelkich pozwoleń i decyzji administracyjnych trwało dłużej niż można się było spodziewać. Niektóre formalności mogą się wydawać nawet zadziwiające. Opinię na temat zmiany przeznaczenia lokalu musiał na przykład wyrazić konserwator zabytków. Mimo że pasaż Milenium powstał dopiero kilkanaście lat temu. – Milenium z pewnością zabytkiem nie jest, ale ponieważ znajduje się w śródmieściu, opinia konserwatora była konieczna. To oczywiście nieco wydłużyło nasze starania – wyjaśnia Wojciech Janicki.
Ale jak podkreślają państwo Janiccy, w koszalińskim ratuszu spotykali się z życzliwą postawą urzędników. Jednak wymogi stawiane przez polskie prawo powodują, że formalności trwają długo. Podobnie jak konieczne uzgodnienia techniczne. – W pomieszczeniach był prąd i nawet zasilanie trójfazowe, czyli tzw. siła – wspomina pan Wojciech. – Po zsumowaniu zapotrzebowania na energię urządzeń, które stanowią wyposażenie baru, wyszło że trzeba wystąpić do energetyki o zwiększenie dostępnej mocy. Znowu formalności i dość spora suma jednorazowej opłaty na rzecz energetyki, której wcześniej nie braliśmy pod uwagę. Takich niespodzianek było więcej.
Jednak w końcu udało się. 21 listopada ubiegłego roku lokal otworzył swoje podwoje. Było to spełnienie marzeń pani Ewy, w którym to marzeniu mąż bardzo ją wspierał . Pani Ewa w Vittorio gra na co dzień pierwsze skrzypce. Zapobiegliwie wszystkiego dogląda, spędzając w barze całe dni. Jak mówi, nawet jeśli wieczorem czuje się bardzo zmęczona, następnego ranka budzi się z ochotą i z przyjemnością idzie do pracy.

Na nowych torach

Oboje państwo Janiccy zmienili charakter pracy, w jednym czasie zamykając wcześniejsze etapy kariery zawodowej . Pan Wojciech pomaga żonie, jeśli istnieje taka potrzeba. Ale jego główne zajęcie od jesieni ubiegłego roku to prowadzenie agencji nieruchomości. Przygotowując się do tego, odbył odpowiednie studia podyplomowe na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu, a podjął je jeszcze przed decyzją o otwarciu baru Vittorio. Od zawsze chciał sprzedawać nieruchomości, tak jak jego przyjaciele i znajomi, którzy robią to od lat w Poznaniu i Gorzowie Wielkopolskim. Z branżą budowlaną był obeznany, kierując przez kilka lat kopalnią kruszyw. To doświadczenie pomogło mu w podjęciu decyzji o zdobyciu dodatkowego wykształcenia w dziedzinie obrotu nieruchomościami. Ale jak mówi, dużo nauczył się również od znajomych działających od dawna na rynku nieruchomości. – Bardzo mi pomogli – podkreśla. – Mogłem skorzystać z ich doświadczeń.

IMG_2274

Czy warto było otwierać kolejną w mieście agencję pośrednictwa w obrocie nieruchomościami, skoro jest ich już w Koszalinie ponad 30? Wojciech Janicki jest przekonany, że tak. – Najważniejsze to mieć trochę gotówki – uśmiecha się. – Bo żeby zacząć zarabiać, trzeba poczekać kilka miesięcy. Znaleźć właściwy dla siebie sposób działania i coś, co pozwoli się wyróżnić spośród konkurencji. Przyjąłem, że u mnie kupujący nigdy nie będzie obciążany jakąkolwiek prowizją. A prowizję od sprzedających będę brał dużo niższą niż w pozostałych agencjach. To oczywiście wymaga maksymalnego ograniczenia kosztów. A jak to zrobić? Można tak jak ja to zrobiłem. Nie wynajmuję biura gdzieś w centrum i nie mam obsługi klienta wchodzącego z ulicy, bo to oznacza konieczność zatrudniania pracowników. Postawiłem na prezentowanie ofert w Internecie. Korzystam z usług 28 specjalistycznych serwisów. Z klientami na spotkania umawiam się telefonicznie. Do tego wystarczy w praktyce jeden pokój, bo i tak większość czasu spędzam na rozmowach u klientów albo wraz z nimi na oglądaniu proponowanych obiektów. I muszę stwierdzić, że taka metoda pracy doskonale się sprawdza.
Wojciech Janicki działa pod szyldem Twoje Centrum Nieruchomości. Każdy rynek lokalny jest nieco inny. Na przykład w Poznaniu, gdzie studiuje 120 tysięcy osób, bardzo duży ruch panuje w zakresie wynajmu mieszkań. W Koszalinie ma to mniejsze znaczenie. U nas klienci poszukują zazwyczaj ofert zakupu.
W ramach tzw. deregulacji zawodów, od początku bieżącego roku nieruchomościami może handlować każdy, bo prawo nie wymaga już zdobywania licencji na podstawie egzaminu. Zdaniem pana Wojciecha to niebezpieczna sytuacja: – Do prowadzenia takiej działalności potrzebna jest ogromna wiedza. Dlatego uważam, że licencje Polskiej Federacji Rynku Nieruchomości są czymś pożytecznym i warto się o nie starać. Inaczej dochodzi do sytuacji, że na przykład ktoś kupuje mieszkanie i już po transakcji dowiaduje się, że kupił je z lokatorami, lub ze sporym zadłużeniem, bo ktoś czegoś nie sprawdził w odpowiednim momencie. Takich pułapek jest mnóstwo.

Co dalej?

Pani Ewa i Wojciech rozkręcają swoje interesy. Są pełni optymizmu. – Mamy różne nowe pomysły, ale na razie ich nie zdradzamy – śmieją się. – Możemy jednak uchylić rąbka tajemnicy. W barze na pewno pojawią w menu nowe propozycje. Z niecierpliwością czekamy na wiosnę, żeby wykorzystywać sezonowe warzywa i owoce. Przygotowujemy się do serwowania śniadań. A w nieco dłuższej perspektywie także do organizowania u nas przyjęć okolicznościowych – mówi pani Ewa. – A co u mnie? – dodaje pan Wojtek. – Budowanie relacji z klientami i budowanie marki mojej agencji. Branża obrotu nieruchomościami wymaga wiedzy, systematyczności i cierpliwości. Sukces przychodzi z czasem.

 


Bar Vittorio znajduje się w Koszalinie przy ulicy 1 Maja 22/4. Zaprasza od poniedziałku do piątku w godz. 11-18, a w soboty od godz. 11 do 16. 
Zmieniane codziennie menu sprawdzać można na stronie www.facebook.com/barvittoriokoszalin